Z przyjemnością wspominam raczej niestabilnego psychicznie współlokatora w uroczym hostelu tego obiektu, którego żona przez cały wieczór dzwoniła do biednej właścicielki B&B, a ta za każdym razem przychodziła do naszego pokoju, żeby przekazać wiadomości. Było to o wiele bardziej zabawne niż runda Jengi, w którą udawaliśmy, że gramy, zamiast podsłuchiwać.
Właścicielka miała cierpliwość świętej i bardzo się ucieszyłem, widząc, że jej pensjonat nadal działa po tylu latach, bo poza gośćmi było tam po prostu cudownie.